wtorek, 05 grudzień 2017 18:28

Misjonarz i egzorcysta z Kongo

Napisał

Z o. Andrzejem Smołką SSCC, byłym egzorcystą archidiecezji wrocławskiej,

rozmawia dr Mariusz Błochowiak

 

Jak się nazywa zgromadzenie, do którego Ojciec należy?

Należę do zgromadzenia misyjnego, które nosi nazwę Zgromadzenie Najświętszych Serc Jezusa i Maryi oraz Wieczystej Adoracji Wieczystego Sakramentu Ołtarza – najdłuższa nazwa na świecie. Bardzo często się ją skraca i mówi się Najświętsze Serca bądź Zgromadzenie Najświętszych Serc. We Francji funkcjonuje skrót, który ma związek z naszym pierwszym domem generalnym w Paryżu przy ulicy Picpus. Tam mówią o nas: ojcowie z Picpus.

Jak został Ojciec misjonarzem?

Zaraz po święceniach, a byłem wyświęcony w 1981 r. Jeżeli ktoś w czasie studiów seminaryjnych wyraża swoje zainteresowanie misjami, to przełożeni starają się go jakoś przygotować i wysyłać na placówkę misyjną. W moim wypadku nie pytano się gdzie, tylko czy się jedzie lub nie. Nie wiem, czy to duch romantyczny, ale mnie zawsze ciągnęło na misje. Przeczytałem kiedyś książkę o ojcu Damianie De- Veuster, który był misjonarzem na wyspie Molokai w Archipelagu Hawaje. Pracował tam z trędowatymi i ostatecznie też umarł na trąd. Jest świętym w Kościele i emblematyczną postacią w zgromadzeniu. Spodobało mi się takie życie i postanowiłem dołączyć do tego zgromadzenia. W 1979 r. grupa naszych ojców wyjechała do ówczesnego Zairu (obecnie Demokratyczna Republika Konga). Wkrótce było potrzeba  nowych misjonarzy. W dzień mojej prymicji powiedziano mi, że mam brać paszport i walizkę i jechać do Zairu. Wyobrażałem sobie, że jak pojadę na misje, to pojadę na Polinezję Francuską, gdzie nasze zgromadzenie od dawna jest obecne. Tam będą mnie witali kwiatami, tańcami itd. Afryka to inna para kaloszy. Tutaj jest nędza, wojna, bieda, malaria i ukrop z nieba. Trudno jednak było się wycofywać. Skierowano mnie najpierw na parę miesięcy do Brukseli, żebym się nauczył francuskiego, choć przedtem trochę uczyłem się angielskiego. Gdy przyjechałem do Kinszasy, stolicy Zairu, okazało się, że z miejscowymi nie można dogadać się ani po angielsku, ani po francusku. Żeby się z kimś dogadać, trzeba było posługiwać się miejscowym językiem lingala. Przyjechałem na misję św. Teresy do Kinszasy-N’Djili, gdzie byli już moi starsi współbracia. Były to nowe osiedla, które powstawały na peryferiach stolicy Zairu od czasu niepodległości. W 1960 r. Zair  uzyskał bowiem niepodległość, a stolica liczyła wówczas ok. 350 tys. mieszkańców. Kiedy przyjechałem 20 lat później, było ich już ok. 4 mln. Miasto zmieniło się. Ściągali tam ludzie z całego kraju, bo w mieście zawsze łatwiej żyć. Na misjach – z mniejszymi czy większymi przerwami – przebywałem do 2008 r.

Czyli Ojciec był głównie w Kongo?

Tak. Często też przekraczałem granicę na rzece Kongo, by prowadzić rekolekcje w sąsiednim kraju. Kongo to potężna rzeka, jedna z największych na świecie. W tamtym miejscu ma ona 10 czy 12 km szerokości, a jej długość wynosi 4000 km. Po tej rzece pływał niegdyś parowcem Józef Korzeniowski, znany na świecie jako Joseph Conrad.

dr Mariusz Błochowiak

Fizyk, pracował naukowo w Instytucie Maxa Plancka w Niemczech oraz instytucie badawczym SINTEF w Norwegii. Interesuje się metodologią i filozofią nauki oraz relacją między wiarą a nauką. Wydawca "Miesięcznika Egzorcysta", prezes Zarządu wydawnictwa Monumen.

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.


Nasze książki

Nowość!

Wszystkie numery

Piszą dla nas

Już 36 pozycji


Powered by JS Network Solutions