czwartek, 12 marzec 2015 06:15

Futbolowe klątwy Wyróżniony

Napisał

 

Świat futbolu jest bardzo przesądny. Wielu piłkarzy, trenerów oraz kibiców wierzy w sprawczą moc gestów, np. nie golą się przed meczem lub zakładają podkoszulki na drugą stronę. Wśród fanów tej dyscypliny sportu niezwykle rozpowszechniona jest też wiara w klątwy…

 

Dwa zeszłoroczne finały – Ligi Europy oraz Mistrzostw Świata – dały pożywkę dla kolejnej fali dyskusji na ten temat. Najbardziej zacięte spory toczą się dziś w Lizbonie i Buenos Aires.

 

Klątwa Guttmana

 

Pierwszym zdobywcą Pucharu Europy Mistrzów Krajowych (obecnie Liga Mistrzów) był Real Madryt, który przez pięć lat z rzędu (1956-60) triumfował w tych rozgrywkach. Zdetronizowała go dopiero w wielkim stylu Benfica Lizbona pod wodzą Bél i Guttmana – węgierskiego trenera żydowskiego pochodzenia. To właśnie on odkrył talent „Czarnej Perły” z Mozambiku, czyli Eusébio, który w 1966 r. zostanie królem strzelców Mundialu w Anglii. Oprócz czarnoskórego snajpera trzon mistrzowskiej drużyny z Lizbony stanowili: bramkarz Costa Pereira, obrońca Germano, pomocnicy Aguas, Jose Torres, Coluna i Cavem oraz napastnicy Simões i Augusto.

W 1961 r. w finale Pucharu Mistrzów w Bernie Benfica zmierzyła się z wirtuozami futbolu z Barcelony, wśród których pierwsze skrzypce grali dwaj emigranci z Węgier: Sándor Kocsis i Zoltán Csibor – członkowie słynnej „złotej jedenastki” Gusztáva Sebesa. Ku zaskoczeniu komentatorów Portugalczycy wygrali 3:2.

Rok później Benfica ponownie doszła do finału. Tym razem jej rywalem na stadionie w Stuttgarcie był wielki Real Madryt. Napastnik tej drużyny, Węgier Ferenc Puskás, strzelił wówczas trzy gole, ale nie wystarczyło to na Orły z Lizbony, które wygrały 5:3.

Po tak efektownych dwóch zwycięstwach Béla Guttman poprosił władze klubu o podwyżkę. Uznał, że skoro uczynił z Benfiki najlepszą drużynę Starego Kontynentu, to należy mu się nagroda. Usłyszał jednak odpowiedź odmowną. Zdenerwowany opuścił więc Lizbonę, a rezygnując z pracy miał oświadczyć: Przez następne sto lat nie wygracie nic w Europie.

Władze klubu nie przejęły się jednak tym zbytnio i na miejsce Guttmana zatrudniły Ferdinando Rierę – szkoleniowca, który w 1962 r. doprowadził reprezentację Chile do zdobycia trzeciego miejsca na Mistrzostwach Świata. Jeszcze tego samego roku czekał go pierwszy finał z Benfiką – walka o klubowy Puchar Interkontynentalny ze zwycięzcą południowoamerykańskiego Copa Libertadores. Naprzeciwko drużyny z Lizbony stanął mistrz Brazylii – Santos São Paolo. Pierwszy mecz na Maracanie zakończył się skromnym z wycięstwem gospodarzy 3:2. Spodziewano się, że rewanż w Portugalii będzie popisem Benfiki. Tymczasem na Estádio da Luz wielki pokaz futbolu dał Pele, który zdobył dla gości trzy bramki. Na 13 minut przed końcem Santos prowadził 5:0. Lizbończycy zdołali strzelić jeszcze dwa gole i zmniejszyć rozmiary porażki, ale puchar powędrował do São Paolo.

Kolejna szansa, by odnieść wielki triumf nadarzyła  się już w kolejnych europejskich rozgrywkach klubowych. W 1963 r. Benfica w świetnym stylu, bez żadnej porażki, awansowała do finału Pucharu Mistrzów. Tam czekała na nią ekipa AC Milan, mająca w swoim składzie takich zawodników, jak Gianni Rivera, Cesare Maldini czy Giovanni Trapattoni. Wydawało się, że mecz na stadionie Wembley w Londynie zakończy się trzecim z rzędu zwycięstwem Benfiki w Europie. Do 58. Minuty lizbończycy prowadzili zresztą po strzale Eusébio. Ostatecznie jednak przegrali 1:2 po dwóch trafieniach brazylijskiego napastnika José Altafiniego.

Wtedy jeszcze mało kto przejmował się przepowiednią Guttmana, ponieważ Benfica w tamtych latach grała koncertowo, będąc jedną z najlepszych drużyn świata. W 1965 r. znów awansowała do finału Pucharu Europy, gdzie jej przeciwnikiem ponownie okazał się klub z Mediolanu. Tym razem był to jednak Inter, prowadzony przez argentyńskiego szkoleniowca Helenio Herrerę, twórcę stylu gry zwanego catenaccio. Tak się złożyło, że mecz odbywał się na stadionie San Siro w Mediolanie, a więc Włosi występowali u siebie. Portugalczycy zagrali ofensywnie, ale ataki utrudniał im nieustannie padający deszcz. Inter ograniczał się do obrony i sporadycznych kontr. Po jednej z nich bramkę w 43. Minucie zdobył Jair. Taki wynik utrzymał się do końca, mimo ambitnych prób lizbończyków, by zmienić niekorzystny rezultat.

Kolejna szansa na zdobycie Pucharu Europy pojawiła się w 1968 r., gdy Benfica zmierzyła się w finale z Manchesterem United, prowadzonym przez Matta Busby’ego. Mecz rozgrywany na stadionie Wembley zakończył się w regulaminowym czasie remisem 1:1. O wszystkim zadecydowała więc dogrywka. Lepiej kondycyjnie przygotowani okazali się piłkarze brytyjscy  to oni strzelili aż trzy bramki, zapewniając sobie pierwszy triumf w rozgrywkach. Trener Ferdinando Riera po raz czwarty w ciągu sześciu lat musiał przełknąć musiał gorycz porażki.

Wkrótce potem karierę skończyła generacja portugalskich piłkarzy, która zdominowała dekadę lat sześćdziesiątych, zdobywając m.in. trzecie miejsce na Mundialu w 1966 r. Dla futbolistów z Lizbony  zaczęły się chude lata. Powrót do dawnej świetności nastąpił dopiero w latach 80. Międzynarodowe triumfy święciła jednak reprezentacja Portugalii oraz drużyna FC Porto, natomiast Benfikę omijały sukcesy. W 1983 r. Orły z Lizbony awansowały do finału Pucharu UEFA, gdzie spotkały się z Anderlechtem Bruksela. W dwumeczu lepsi okazali się Belgowie, którzy wygrali 1:0 i zremisowali 1:1.

Najbliżej przełamania klątwy Guttmana futboliści Benfiki byli w 1988 r. Dotarli wówczas do finału Pucharu Europy, gdzie w Stuttgarcie zmierzyli się z ekipą PSV Eidhoven, trenowaną przez Guusa Hiddinka. Po nudnym meczu i dogrywce wynik brzmiał 0:0. Zwycięzcę miały więc wyłonić rzuty karne. Pięciu pierwszych zawodników z jednej i drugiej drużyny wykonywało je bezbłędnie. Rozstrzygnięcie przyniosła dopiero szósta seria, w której holenderski bramkarz Hans van Breukelen obronił strzał portugalskiego obrońcy António Veloso.

Dwa lata później Benfica stanęła przed kolejną szansą na triumf, gdy w finale Pucharu Europy w Wiedniu starła się z AC Milan. Drużyna z Mediolanu była wtedy jedną z najlepszych drużyn świata, a o jej sile decydowało fenomenalne trio Holendrów: Marco van Basten, Ruud Gullit i Frank Rijkaard. Ten ostatni strzelił jedyną bramkę w meczu i puchar znów trafił do Włoch.

Ta seria przegranych meczów finałowych spowodowała, że wśród komentatorów sportowych w Portugalii rozgorzała dyskusja na temat klątwy Guttmana. Zastanawiano się, czy można ją w ogóle odwołać, skoro węgierski trener zmarł w 1981 r. Nie zabrakło jednak również głosów, że wiara w tego rodzaju fatum jest zabobonem i najlepszą odpowiedzią Benfiki może być zdobycie któregoś z europejskich laurów.

Okazja taka pojawiła się ostatnio dwukrotnie. W 2013 r. w finale Ligi Europejskiej (dawniej Puchar UEFA) w Amsterdamie lizbończycy zmierzyli się z drużyną Chelsea Londyn. W składzie Benfiki pojawił się tylko jeden Portugalczyk (André Almeida), zaś resztę stanowili gwiazdorzy z innych krajów, m.in. z Brazylii (Luisao), Argentyny (Garay), Hiszpanii (Rodrigo), Paragwaju (Cardozo) czy Serbii (Matić). Po 90 minutach gry było 1:1, jednak w dogrywce jedyną bramkę zdobyła Chelsea.

 

W tym roku Benfica ponownie dotarła do finału Ligi Europejskiej, po drodze eliminując m.in. Tottenham i Juventus. Decydujący mecz z Sevillą FC odbył się na stadionie w Turynie. Statystycy przekonywali, że tym razem klątwa Guttmana może zostać przełamana, ponieważ swe jedyne dwa finałowe zwycięstwa w historii Portugalczycy odnieśli walcząc z drużynami hiszpańskimi (w 1961 z Barceloną i w 1962 z Realem Madryt). Liczono, że historia może się powtórzyć w starciu z klubem ze stolicy Andaluzji. Mecz w regulaminowym czasie zakończył się bez bramek, podobnie dogrywka. Doszło więc do serii rzutów karnych. Lepiej wykonywali je jednak zawodnicy z Sewilli, którzy zwyciężyli 4:2. W ten sposób Benfica przegrała swój dziewiąty z rzędu klubowy finał.

 

 

Ostatnio zmieniany piątek, 04 wrzesień 2015 17:03
Grzegorz Górny

reporter, eseista, publicysta, reżyser, producent filmowy i telewizyjny. Założyciel i redaktor naczelny kwartalnika „Fronda” (do maja 2012), redaktor naczelny tygodnika „Ozon” (2005-2006), autor wielu książek, albumów, licznych artykułów. Jest laureatem wielu nagród dziennikarskich, filmowych i wydawniczych.
W 2011 r. Prezydent Węgier Pál Schmitt odznaczył Grzegorza Górnego Rycerskim Krzyżem Zasługi dla Republiki Węgierskiej.

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.


Nasze książki

Wszystkie numery

Piszą dla nas

Już 46 pozycji

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Powered by JS Network Solutions