środa, 30 wrzesień 2015 20:45

Ocalony przez Maryję. Błogosławiony Edmund Bojanowski

Napisał

Gdy Edmund Bojanowski miał 4 lata, ciężko zachorował. Jego stan dramatycznie się pogarszał. Niebawem uznano, że agonia dziecka jest nieodwracalna. W końcu stwierdzono, że dziecko „już umarło”…

 

Edmund Bojanowski mieszkał wraz z rodzicami i przyrodnim bratem Teofilem w dworku w Grabonogu. Nigdy nie cieszył się dobrym zdrowiem. Na różne sposoby trzeba było chronić dziecko przed chorobami. Jednak gdy miał 4 lata, nic nie było w stanie dłużej zatrzymać życia w wątłym ciele chłopca. Odeszło ono od niego i ustąpiło miejsca śmierci…

 

Przekraczał próg śmierci

Wezwani przez rodziców lekarze uznali, że chłopca nie da się już uratować. Wówczas matka wezwała na pomoc Maryję. Niebieska Lekarka szybko odpowiedziała na jej prośby. Przybyła do dworku w Grabonogu i przywróciła dziecku życie. Szczegóły tego wydarzenia znamy z najbardziej wiarygodnego źródła – z zapisu w kronice Kongregacji Księży Filipinów, którzy byli stróżami Sanktuarium Matki Bożej Świętogórskiej Róży Duchownej na Świętej Górze, kościoła leżącego w pobliżu majątku Bojanowskich. Co istotne, zapis został podyktowany przez samego bł. Edmunda, który prosił o przemilczenie w nim swego nazwiska. Czytamy tam: Chłopiec leżał w prostej izbie. Był odziany w białą koszulkę. Nie było przy nim nikogo prócz matki. Ta nie znała się na sztuce lekarskiej, opanowała jednak sztukę modlitwy. I kiedy zawołani przez nią lekarze stwierdzili: Nic nie możemy, za późno…, ona przywołała Matkę Najświętszą. Wezwała Tę, która – jak ona wtedy – trwała w Wielki Piątek w nieogarnionym bólu z powodu śmierci ukochanego Syna. Ta ziemska matka była omdlewająca i zalana łzami.

 

Mistyczne nałożenie obrazów

Dwie matki pełne boleści – Maryja i Teresa. Okazuje się, że ludzkie cierpienie może mieć wręcz nieskończoną wartość. Potrafi zmienić niemożliwe w możliwe. W jakimś sensie może uratować życie, a nawet je przywrócić. Święty Jan Paweł II powiedział kiedyś szokujące słowa: Nasza myśl biegnie ku jednej rzeczy: ku tej wstrząsającej i nigdy do końca niezrozumiałej tajemnicy, mocą której zbawienie bardzo wielu dusz zależy od modlitw i cierpień dobrowolnie znoszonych w tej intencji przez członków Mistycznego Ciała Chrystusa. Powróćmy do tego, co opisuje kronika kościoła w Gostyniu. Matka zmarłego właśnie dziecka jest matką bolesną. To ona woła do Maryi, Matki Bożej Bolesnej. Matka Edmunda, podobnie jak Maryja, wierzyła w zmartwychwstanie. Ona wierzyła w cud przywrócenia życia jej dziecku przez wstawienniczą moc Matki Bożej, z którą zjednoczyła się w cierpieniu. Spotykają się zatem dwie matki – Edmunda i Jezusa. W spotkaniu tym dostrzegamy jeden przejmujący dreszczem moment. Maryja trzyma w swych dłoniach dziecko ziemskiej matki. W tych dłoniach trzymała wcześniej Jezusa. Chce niejako przekazać dziecko, które będzie pomagać ludziom, kroczyć drogą do nieba. Edmund to także syn Maryi. Ten syn będzie „bolesny” tak jak Zbawiciel. To piękna wizja, teologicznie niezwykle głęboka. Tak realna, że matka dziecka, nie ośmielając się wstać z klęczek, wyciąga w górę dłonie, by przyjąć z rąk Maryi swe przywrócone do życia dziecko. Ona wie, że Matka Boża trzyma w ramionach jej małego Edmunda. Rozpoznaje go i wie, iż stał się cud. Wszystko dzieje się w sąsiedniej izbie. W niej niebo przekazuje Teresie Dobrą Nowinę i wplata w nią milczący przekaz o „nowym” powołaniu dziecka, które zatrzymało się na progu śmierci, a w ramionach Matki Najświętszej powróciło do życia.

Ostatnio zmieniany czwartek, 01 październik 2015 10:43
dr Wincenty Łaszewski

specjalista w zakresie antropologii teologicznej, mariolog.

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.


Nasze książki

Nowość!

Wszystkie numery

Piszą dla nas

Już 36 pozycji


Powered by JS Network Solutions